Blog > Komentarze do wpisu

Największy event w Polsce.

No i wreszcie wróciłem po pełnym emocji festiwalu Open’er w Gdyni. Przed tym wydarzeniem popełniłem tekst, który kilku osobom (szczególnie na Wykopie) nie przypadł do gustu, jak wiemy o gustach się nie rozmawia. Natomiast chciałbym, dodać kilka refleksji i komentarzy, jako że jestem już PO.

Gość Piknik ,w komentarzu do poprzedniej notki, spróbował opisu jego własnego stereotypu festiwalu Open’er. Muszę się przyznać, że mój obraz Przystanku Woodstock, czy Jarocina jest też czysto stereotypowy. Specjalnie na miejscu w Gdyni rozmawiałem z kilkoma osobami, które były na Woodstocku i w Jarocinie, które potwierdziły to co już wiedziałem – uczestnicy obu festiwali, diametralnie się różnią. Przynajmniej statystycznie, jako masa.

Nie zgadzam się z odczuciem Piknika, że Open’er to miejsce, gdzie przyjeżdżają łysole, żeby się napić i potańczyć, albo brać narkotyki. Wystarczy spojrzeć na Line-Up i od razu widać, że nie mieli by się przy czym bawić. No może tylko przy Chemical Brothers, ale ja bym raczej nie zapłacił 150 zł za 1,5 h tańca i laserów. Pierwsze co mnie uderzyło, to że jak na imprezę sponsorowaną przez Heineken, nie widziałem żadnej osoby, którą mogłem podejrzewać o przesadzenie z alkoholem. Tak naprawdę wiem dlaczego. Nie dało się jednocześnie stać w tłumie kilkudziesięciu tysięcy osób i jednocześnie czekać w kolejce po piwo. Trzeba było wybierać, a chyba większość wolała oglądać koncert.

 

 

Z moich rozmów z ludźmi, doszliśmy do wniosku, że na Open’er przyjeżdżają ludzie dla samej muzyki (no może jeszcze żeby się polansować). W przeciwieństwie, do innych Polskich wydarzeń muzycznych, gdzie ogólnie mówiąc jedzie się „dać czadu”. Coś co niekoniecznie mnie zaskoczyło, to ogromna liczba gości z zagranicy. Mój namiot był w pobliżu kilku grupek obcokrajowców, a na samym festiwalu na każdym kroku słychać było głównie język angielski (poza Polskim :)).

 

Co do samego wrażenia po Open’erze to było lepiej niż oczekiwałem. Dopiero podczas koncertów zdawałem sobie sprawę, że to jest ten zespół, którego płyty tak dobrze znam, a na dodatek gra tutaj moje ulubione kawałki. Dobór wykonawców jak co roku zaskakuje, ponieważ nigdy do nas nie przyjeżdżały takie ‘gwiazdy’ w jedno miejsce na raz. Dużym plusem była właśnie różnorodność wyboru. Wolę ból ciężkiego wyboru, kogo zobaczyć, a z kogo zrezygnować, niż nie mieć wyboru.

Alter Art dał radę prawie z wszystkim. Niestety wydawało mi się w niektórych momentach, że nawet na tak dużą przestrzeń sprzedano za dużo biletów. Były kolejki, korki i zatory. Do miana legendy przeszedł już zator przed Gdyńskim dworcem, kiedy to kilka tysięcy ludzi, chciało się dostać darmowym autobusem na teren festiwalu, żeby zdążyć na koncert Erykhi Badu.

 

 

Nie wiem czy to źle czy dobrze, ale nie zwróciłem uwagi, żeby ktoś się przeciw czemuś przeciwstawiał, buntował się, robił jakiś spontaniczny happening czy protest, jak to miało miejsce np. na Woodstocku. Bardziej widoczny był istny pokaz mody. Wszyscy powyciągali (przeciwnie do logiki wyjazdu pod namiot) najlepsze ciuchy z szafy, bajeranckie okulary i nowe buty prosto ze sklepu. To jest jedna z wielkich różnic pomiędzy uczestnikami obu festiwali. Coś co wzbudziło moje największe zdziwienie, to brak problemów z kradzieżami, kieszonkowcami, czy bójkami. Po prostu nie było czegoś takiego!

Co do marki Open’er i jego komunikacji wizualnej, festiwal jest całkowicie zdominowany przez Heineken. Już sam nie wiem, czy Heineken Music organizuje imprezę przez Alter Art, czy Alter Art organizuje Open’er przy pomocy Heineken Music. Jasne dla mnie jest, że oba twory wykorzystują tą samą kolorystykę, więc jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby impreza w Gdyni zmieniła kiedyś sponsora. Już szybciej Heineken zmieni organizatora.

 

 

Heineken Open’er festival to taki olbrzymi, cykliczny event promocyjny. A że promuje się poprzez zapraszanie świetnych wykonawców na koncerty, jest niezłym posunięciem. Czuję, że Heineken, mógłby w ogóle zrezygnować z tradycyjnej reklamy, tak dużo daje mu do wizerunku ta impreza. Z jednej strony, można się przyczepić, że ludzie przyjeżdżają tam, żeby przywiązać się do marki Heineken. Pewnie tak jest w jakiejś skali, na pewno nie masowej. Powiem szczerze; taki event i lansowanie się przy światowych gwiazdach, jest sto razy lepsze, niż płacenie ogromnych honorariów ambasadorowi marki, który jest znany, tylko dlatego, że jest znany. Nie są to pieniądze wtopione w błoto.

Czułem pewną ambiwalencję pisząc ten tekst, bo byłem uczestnikiem tego festiwalu i rzeczywiście przyjechałem tam dla muzyki. Jako blogger tematyki reklamowej rozumiem cel Heineken Open’eru i jakoś specjalnie mnie to nie boli. Gdybym pracował dla jakiejś konkretnej marki, na pewno namawiał bym szefów do podobnego posunięcia, bo wizerunkowo-marketingowo, jest ono strzałem w 10.

środa, 09 lipca 2008, killboard

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/07/11 21:13:58
Masz całkowitą rację. Często bywałam na Woodstockach jeszcze za czasów kiedy organizowane były z Żarach. Na Heinekenie byłam po raz pierwszy. Od samego początku można było poczuć różnicę. Ludzie którzy tam byli nie przyjechalli po to aby się upić czy naćpać- przyjechali posłuchać dobrej muzyki i spotkać wielu ciekawych ludzi. Na Woodstocku niestety nie chodzi o muzykę. Jedziesz a jakie kapele grają to tak naprawdę cię nie interesuje. Jedziesz bo szukasz wrażeń, niekoniecznie tych muzycznych.



Egzekutorzy.



Popieram Kodeks Blogerów

statystyka